O, publiczności okrutna!
O,Wy -
którzy chcecie ode mnie
mięsa i krwi
Niewinnych Ministrów
i ich Świętych Żon -
poszli won!
Pardon...
Chciałem rzec,
że się coraz ktoś do mnie rozpędza
i z daleka wygraża mi dłonią:
"Pan satyryk (powiada),
a ministrów oszczędza
i wykręca się autoironią!
Pan kpisz niby (mówi),
lecz o drogę pytasz
i skrzętnie omijasz
tych, co z aureolą...
Czy jest w pańskiej satyrze
choć jeden dygnitarz?!"
- Jest (mówię) jeden,
ale zęby go bolą...
Lecz ministrów oszczędzam -
macie rację bezwzględną -
toteż wyjaśnienie
złożę wnet najkrótsze:
Ja oszczędzam ministrów
przez wrodzoną oszczędność,
no - po prostu
z myślą o jutrze...
Nieraz pięciu od razu
ugryźć chciało się by,
lecz potem bym już nie miał
kogo włożyć do gęby!
Więc
oszczędzać mi każe
myśl przezorna i bystra:
tu oszczędzę ministra,
tam oszczędzę ministra -
i tak ziarnko
do ziarnka,
aż mi się uzbiera
do samego premiera.
Za to potem - pomyślcie,
jak przyjemnie:
w szufladce cały gabinet
oszczędzony przeze mnie
i mam
na całe życie!
Mogę żyć z procentów -
ze skromnych szefów departamentów
i z co pomniejszych referentów.
l z siebie samego!
Bo, droga młodzieży,
ja na siebie zawsze
i z pyskiem,
i z góry!
Ja wiem -
może mi się należy?
Może ja będę ministrem kultury?
Nie kpijcie więc - proszę -
z mej autoironii,
kiedy sam siebie docinkami drażnię,
gdy sam przeciw sobie
użyję mej broni...
Trudno - ja lubię
odważnie!

Ja tu biedny z Krakowa,
gdzie już piąty wiek się
pławimy w smutnym naszym kompleksie.
Niby w porządku.
Niby wszędzie
uznają nas...
Lecz żebym skonał,
jak ten warszawiak w piątym rzędzie
nie myśli o mnie:
"Prowincjonał!
Krakusik!
Centuś!..."
Niby czemu?
Panie! Tu, tutaj, na tej sali,
jeszcze niespełna pięćset lat temu
inaczej byśmy rozmawiali!
Ach, gdzież jest czas ten zapomniany,
o którym mi śpiewała niania,
gdy k a n t o r służył do wymiany,
nie tak jak dziś:
do malowania.
Kiedy to...
Zresztą sam łaskawie
Pan przyzna, że przed laty wielu
gwizdałbym na chody w Warszawie,
bo miałbym bliżej:
na Wawelu!
Po każdą protekcję
byłoby mi blisko,
po talon na jednorodzinne zamczysko,
po wszystko...
I wszystko załatwiłby wnet tam
jakiś znajomy kasztelan
czy hetman,
bo król był w Krakowie!
W Krakowie - królowa.
I jeszcze do dzisiaj
Premier jest z Krakowa!
Byliśmy stolicą.
Byliśmy bógwico.
Aż nastał król Zygmunt,
co miał plany dumne,
i poszedł do Warszawy...
Bo chciał mieć kolumnę.
A nam
cóż zostało z królewskiej świetności?
Alicja Bobrowska
(królowa piękności)
i jak wyrzut sumienia
po krakowskim Rynku
krąży jeden minister...
I to w stanie spoczynku.
Historio,
nie bądźcie dzieckiem!
Chyba już czas pomyśleć o tym,
by wbrew pomysłom
feudalno-szlacheckim
Kraków stolicą był z powrotem.
W Krakowie mędrców całe mnóstwa
myślą rozważnie,
myślą ściśle...
W Krakowie też się robi głupstwa,
ale - po dłuższym namyśle!
Wciąż się Krakowa nie docenia
przez jakieś dawne uprzedzenia:
że miasto emerytów...
Bzdury!
Któż wyżyłby z emerytury?
Centusie? Skąpi?
Też nie sądzę:
gdy o państwowe idzie pieniądze,
stolicą możem być... Bez słowa.
A w razie czego -
sesja sejmowa,
z Zakopanego bliżej do Krakowa!
I żeby ministerstw
było choć czterdzieści,
to się w Krakowie
wszystko jakoś zmieści:
Ministerstwo Aprowizacji
z całą jego armią
na Plantach bym umieścił.
Niech wiewiórki karmią!
Budownictwo - w Smoczej Jamie...
By spokojnie spali,
że im się na głowę
sufit nie zawali.
Finanse
(Ministerstwo Ciaćków, czyli Dudów)
na placu Kossaka,
który słynie z cudów.
I - żeby nie było
później ambarasu -
Kulturę i Sztukę na Skałkę.
Zawczasu.
Ministerstwo Górnictwa
będzie zbędną utopią,
wystarczy Zarząd Miejski:
oni więcej kopią.
A tam - na Wawelu,
gdzie srebro i złoto,
Szczerbiec, arrasy i kafelki -
zamieszkać mógłby... Kto?
Mniejsza o to.
No, przecież nie Kazimierz Wielki.
I zniknie krakowska dola beznadziejna,
dzień i noc stolica będzie trąbić.
(Hejnał!)
A ja -
już odwykły od zgiełku i wrzawy -
pojadę gdzieś na prowincję...
Może do Warszawy.

Bracia!
W polityce inny wiatr dziś zawiał!
Do innego wiatru
już się nas wystawia...
Tam na szczycie - spotkania.
Rozmowy ...
Zbliżenie!
Poproszę o światło różowe na scenie,
bo gdy pomyślę o takiej rozmowie:
dwie głowy państw -
tak głowa przy głowie,
wtedy radosne przechodzi mnie mrowie
i wiem, że już we mnie
taka dusza od dziecka
amerykańsko-radziecka!
Zatem mało mi o tym
tylko myśleć z zachwytem.
Puśćcie mnie do środka!
Puśćcie - chcę być przy tym,
by - zamiast być świadkiem
jeszcze jednej z plajt -
usłyszeć:
Very choroszo!
i sowsiem alI right!
A gdy spytają, czemu
pcham się jako trzeci,
- Jak to czemu? - odpowiem. -
Ja mam dwoje dzieci!
Maleńkije girls.
I kłopotów stertę...
Ja się Wam tu przydam -
ja będę ekspertem.
Ekspertem w zakresie
spraw ogólnoludzkich -
rzeczoznawcą pragnień
rodziny Załuckich...
A pomysły my mamy genialne, że hej!
Na czto, gentlemen?
Znaczitsa okey?...
Potem powiem:
- Cóż Ziemia?
Prowincja i farsa -
nie ma o co się kłócić.
Już lepiej - o Marsa!
Wezwijcie astronoma,
by lunetą wdarł się
w ten wszechświat - i stwierdził,
jaki ustrój na Marsie,
żeby już się można
wspólnie zastanawiać,
kto
i od czego
ma Marsjan wybawiać...
I będę się grzecznie
przysłuchiwał rozmowie -
czasem tylko wtrącę:
- No, panowie, panowie!...
Zamiast rzec coś takiego,
co nadszarpnie więzy -
lepiej się ugryźcie
w ten nasz wspólny język!
Bo tu szczebel najwyższy -
kończy się drabina
i już amen, proszę panów:
Niebo się zaczyna,
gdzie
ni pertraktacji,
ni rozmów nie macież!
Najwyżej
litanię
i pacierz...

Z miłym uczuciem wstaję co dnia,
w sercu pogoda,
ruchy żwawsze...
Pomyśleć:
Ludzkość - to przecież j a!
Cząsteczka, ale zawsze.
Pomyśleć:
wszyscy toczą dziś boje
o Dobro Ludzkości,
znaczy się - moje!
O Szczęście Ludzkości,
znaczy się - moje!
Doprawdy - jeden czart wie,
czym ja się jeszcze martwię...
Tysiące zagranicznych gości -
politycy,
mędrcy
i burżuje -
wciąż mają usta pełne Ludzkości!
(Ciekawe, jak ja im smakuję -
bez przypraw,
bez konfiturki
i nie obrany ze skórki?)
I oto znowuż koło wtorku
zjadą się (dla mnie!) w Nowym Jorku
najwięksi na tym globie.
Dla mego Dobra ten coś powie,
dla mego Szczęścia ów coś powie,
a ja tu sobie
poczekam w Krakowie -
wzruszony, że im chce się
tak - w moim interesie...
Dla mnie się te Osobistości
trapią o Lepsze Jutro Ludzkości -
o, jak Je za to uczczę?
To J u t r o cieszy mnie ogromnie
i nawet, jeśli idzie o mnie,
pal sześć -
niech będzie Pojutrze!
Tymczasem sam we własnym zakresie
zadbam o Ludzkość -
niech się podniesie!
Zarobię na kilo mięsa bez kości
dla siebie - czyli
dla Ludzkości.
A gdy już Ludzkość się nawcina -
szczęśliwy, że jej w dołku nie rwie -
pójdę na ludzki film do kina,
niech Ludzkość się rozerwie!
Zaś kiedy w parku mrok zagości,
powiodę damską cząstkę Ludzkości
w ową liryczną ciemność
na skromne,
niewinne
trele-morele
(żeby Ludzkości nie było za wiele) -
niech Ludzkość ma przyjemność!
I do New Yorku raport z tych prac ja
wyślę depeszą
pilną
na czasie:
LUDZKOŚĆ - PANOWIE - TO NIE
ABSTRAKCJA,
NAWET USZCZYPNĄC DA SIĘ!

Nie śpi pan prezydent.
Gryzie się generał!
Martwią się
w sztabskomandach
ich uczeni koledzy,
żebym ja -
obcy człowiek! -
nowocześnie umierał,
według najnowszych osiągnięć wiedzy!
Trudzą się w tym kierunku
znawcy,
koneserzy...
A mnie - nie zależy.
Dbają o mnie po prostu
jak z rodziny kto bliski:
ulepszają te bomby,
doskonalą pociski,
żeby we mnie nie rąbnął
czasem jaki nieświeży...
A ja nie wiem, jak państwu,
ale mnie - nie zależy!
W ogóle,
jeśli im to rachunku nie zmienia,
to, zamiast wydawać
wszystko na zbrojenia,
niech dadzą mi
tych kilka na mnie
przeznaczonych groszy -
i ja sobie umrę sam!
Z przejedzenia.
Albo z nadmiaru ziemskich rozkoszy...
Bez liczników Geigera,
bez promieniomierzy -
no, mnie nie zależy!
Ja nie snob,
ja prosty,
chłopsko-robotniczy,
niech na mnie Geiger nie liczy!
Chyba pójdę do ONZ-etu,
rozbrajająco się uśmiechnę
i poproszę
o rozbrojenie powszechne!
Powszechne i kompletne,
bom ja entuzjasta:
z zakazem produkcji
wałków do ciasta!
I wszystkiego.
Systematycznie.
Kolejno -
dopóki
już tylko amorkom pozostaną łuki!
Amorkom się zostawi...
To nawet przyjemnie,
kiedy trafiają.
Sam dobrze wiem...
Tylko też - do diabła! -
nie wciąż tylko we mnie!
Po wsiem!
Po wsiem!
A jeśli już wojna,
to mym cichym snom by
odpowiadała wyłącznie
wojna na... sexbomby.
Typu Brigitte Bardot -
zrzucane z samolotów.
Sam
na czas jakiś
polec byłbym gotów -
w cichym bohaterstwie,
w sekrecie przed władzą...
He, he...
Generałowie nie dadzą!
Wszystkie światła zapalić
każą przed nalotem,
zaciemnienie - potem.
Lecz inna broń, panowie,
niech sczeźnie!
Niech znika!
Bo guzika się lękam...
Tak, tego guzika,
co gdy go nawet nieumyślnie
po pijanemu sierżant naciśnie,
to tylko świśnie i zabłyśnie!
Ten guzik na względzie mając,
ONZ-ecie,
do likwidacji zbrojeń prowadź!
O - już likwidują...
Ciesz się, świecie:
Guzik kazali zlikwidować!
***
Ja tu swoją drogą plotę na tej scenie,
a satyra - to broń!
Ponoć groźna szalenie -
i jeszcze ode mnie
zaczną rozbrojenie...

Kiedy łaknie ktoś wódki
(lecz nie jednej - paru!),
gdy nocą kogoś nosi
od baru do baru -
mamy na to zwrot prosty,
mamy zwięzły synonim:
"poszedł w Polskę" -
mówi się o nim.
Tu, na obcym bruku -
tu dopiero cenię
to piękne, poetyckie,
proste określenie.
Bo choć wystarczyłoby
wyjaśnienie krótkie,
że "pójść w Polskę"
to znaczy
to, co pójść na wódkę,
ale tamto brzmi lepiej,
inaczej,
lirycznie...
Jakoś krajoznawczo.
I patriotycznie!
Jakoś tkliwiej zachęca
każdego mężczyznę,
żeby kochał Ojczyznę.
I tutaj się nutka
nostalgiczna wśliźnie:
O, jak miło pójść w Polskę,
w Polskę - na obczyźnie!
Jak dobrze, że można -
kiedy zmrok się kładzie -
w USA pójść w Polskę...
Pójść w Polskę w Kanadzie...
Że choć w szklance się perli
jakiś "dżin"
czy "draj" -
ty poznajesz swój kraj!
Sam pomnę:
w Toronto
pod jakimś pomnikiem
Kanadyjczyk mi się zwierzył
ze swoich kłopotów -
potem poszliśmy w Polskę.
Ja - z Kanadyjczykiem.
Kanadyjczyk odmówił
powrotu!

Good evening,
Ladies and Gentlemen!
Człowiek niby ten sam, prawda,
ale już nie ten.
Umysłowo się jakoś
rozwinął i odkuł:
w głowie dwa kontynenty -
i ocean w środku!
I dwa ma już oblicza,
kto tam przeżył tęsknotę:
raz oblicza - na dolary,
raz oblicza - na złote...
A Ameryka - kraj wielki.
Naród niezliczony:
i żółtych miliony -
i białych,
i czarnych,
I jeszcze ja z "Batorego"
wysiadłem.
Zielony.
Więc było mi barwnie
i było wesoło,
i jakoś tak swojsko,
bo Rodacy wkoło...
Lecz gdy w mieście Pułaski
przy ulicy Kościuszki
w knajpie Kowalskiego
za cielęce nóżki,
za polską kiełbasę
i polskie salami
po polsku mi kazali
płacić dolarami –
odszedłem z niesmakiem
na obcą pulardę
polewaną kremem
Elisabeth Arden!
Gorsze to co prawda
i po wyższej cenie,
lecz chociaż dewizowo
mam czyste sumienie.
A w New Yorku zwiedziłem -
nie robię sekretu -
ów jednorodzinny
domek ONZ-tu...
Jednorodzinny!
Bo choć hen się wspina,
tam taka idea i taka zasada,
że wszystkie narody -
to jedna rodzina!
A z rodziną - wiadomo:
nikt się nie dogada.
Lecz w Newarku
po parku
szły panny i wdówki,
a wieczór był ciepły,
gwiezdny i upojny -
więc na szczeblu najniższym
odbyłem rozmówki...
I nie będzie wojny!
Dziś wiernie wróciłem
na łono ojczyste,
nawet nie przerobiony
na kapitalistę,
a tutaj mnie z miejsca
za frak -
i na występ.
Bo u nas - kto z Zachodu,
to już taki okaz,
że od razu na pokaz!
"Smoking włóż - powiedzieli. -
Muszka też się przyda,
żeby znów nikt nie myślał,
że tam taka bida!"
Więc jestem, jak kazali...
I wnet się pokażę
tutaj w normalnym mym repertuarze -
i takaż to Twoja,
o biedna Publiko,
kulturalna wymiana
Polski z Ameryką.

Wytworny "Orbis"...
Parę fraków.
Orkiestra rżnie z talentem.
Tylko stoliki dla Polaków
niestety - już zajęte.
Lecz że wprost z głodu
ruszam grdyką,
a mam naturę krewką,
usiadłem sobie przy stoliku
z francuską chorągiewką...
Wiem: karygodna arogancja,
lecz chciałem jeść, panowie!
Myślałem:
chyba za to Francja
nam wojny nie wypowie...
Usiadłem więc -
i oto cud:
zewsząd
spojrzenia dziewcząt
jak miód!
A męskie twarze z zachwytu blade
patrzą na moje skarpetki
z Emhade,
po czym wzdychają z melancholiją:
- Ci sobie żyją!...
Rączo przybiega grzeczny pikolak,
rączo, bo nie wie - dureń! -
żem Polak.
Z ukłonem się kelner zjawia po chwilce,
bo nie wie - kretyn! -
że jestem tubylcem...
- Bon jour, monsieur!
Vous desirez?
To znaczy pyta, czego chcę...
Były tam różne kotlety, pieczenie,
do których się rwało
moje podniebienie,
ale musiałem zamówić kluski,
bo tylko na tyle
znam francuski...
I jem te kluski w aureoli,
bo wszyscy patrzą na mój stolik...
z dala sąsiadka
szturcha sąsiada:
- Patrz, chamie, jak się
w Paryżu jada!
Ta gracja, te ruchy -
no, sam powiedz:
Co obcokrajowiec -
to obcokrajowiec!
A druga dama w kolorze lila
przez cudzy stolik się przechyla
i pyta z uśmiechem:
- Vous-etes Parisien?
A ja - wytwornie:
- E-hę!
I myślę, patrząc na tę publikę:
- O, la-la-la!... C'est magnifique!
Jakiś dyrektor do baru zaprasza.
Z nim dobry kociak.
Myślę: "Dobra nasza!"
Szampan? ... Niech będzie!
Chcesz trwonić - to trwoń...
Więc piję - i krzyczę:
- Vive la Pologne!
a oni przyśpiewują mi:
- Allons enfants de la Patrie!
Wtem ktoś się wtoczył z mgły poranku
i krzyknął do mnie:
- Cześć, Marianku!
Trzeba było widzieć
te spojrzenia wokół...
Jakbym dyplomatyczny
pogwałcił protokół!
Jak tylko za to,
że jestem Polakiem,
spojrzeli na mnie z wzgardą i niesmakiem
i Polak pikolak,
i Polak kelner,
i polska barmanka - dziewczę subtelne,
i córka Polka,
i matka Polka
(A niech je zagraniczna kolka!)
i polski dyrektor
(co miał polski order) -
a polski kociak
dał mi w polską mordę,
bo pewnie liczył już szalenie
na polsko-francuskie zbliżenie...
I słusznie!...
Bijcie mnie, łobuza,
ukarzcie, bom parszywa owca:
Skradłem ten uśmiech,
co był dla Francuza!
Skradłem tę grzeczność,
co nie dla krajowca!
Sam nawet krzyknąłem:
- Bracia Polacy!
Ja za to chętnie głową zapłacę -
głową zapłacę!
G ł o w ą, panowie!
Lecz próżnom czekał,
kto z nich odpowie:
- No, to płacimy ... po połowie!

Nie rozpaczajcie!
Nie ma sensu - skądże!
Ten czas już bliski
i już życiem tętni,
kiedy będziemy jeszcze wszyscy mądrzy
i może - kto wie? -
inteligentni.
Kiedy - innymi mówiąc słowy -
każdy będzie miał już własny
mózg elektronowy.
Najpierw na talony
z pierwszeństwem dla głupich,
a potem szary człowiek
także sobie kupi.
Technokracja ludowa!...
Jakżeż czekam na to
ja, który zawsze byłem
szczerym technokratą!
Na arenę
niech zwycięski
wkroczy cybernetyk -
i niech nie słucha przestróg
piewców dawnych etyk,
że technika zabije w nas
ludzkie uczucia.
O, nie! Prawdziwa zawiść
jest nie do zepsucia!
A w miłości mózg sztuczny
też pomoże ogromnie:
gdy na przykład dziewczyna
powie ci
"Myśl o mnie!" –
to włączasz mózg do sieci
najwyższego napięcia,
naciskasz klawisz
z imieniem dziewczęcia,
a gdy naciśniesz już ten klawisz,
maszyna tęskni -
ty się bawisz!
Wieczorem - łóżeczko...
Ty zasypiasz lekko,
a przy tobie się kładzie
ten twój mózg.
Z gazetką.
To nic, że weźmie "Express"
albo "Życie Warszawy".
Najwyżej nazajutrz
dasz go do naprawy,
żeby znów - jak dotąd -
sprawnie, bez wahania
mądrze odpowiadał
na głupie pytania.
Lecz przyjdzie dzień, kiedy
mózg elektronowy
odpowie ni stąd, ni zowąd:
"Nie zawracajcie mi głowy!
Ja chcę też poznać życie
i tę miłość prawdziwą -
nie żyje się samą oliwą!"
I na spacer
przy świetle zwykłego księżyca
pójdą: sztuczny mózg
i sztuczna mózgownica -
przez pustą ulicę,
przez wieczorną ciszę,
czule naciskając
sobie te klawisze...
Aż kiedyś o n a wyzna:
"Miły, los nie ustrzegł...
Tu - w transformatorze
tajemnica słodka:
Mózgu, będziemy mieli móżdżek!...
Móżdżek po polsku.
Bom patriotka".
I od tego wieczoru,
i od tego słowa
ruszy wreszcie nasza
produkcja krajowa!

Porządny ojciec,
porządna matka,
a on - czort wie co - zagadka!
Znają go ludzie od dzieciństwa,
znają go niemal, odkąd żyje:
niby nie zrobił nigdy świństwa,
niby porządny,
a - nie pije!
Nieraz robiliśmy mu chryję,
że młody, zdolny,
a nie pije...
Bo gdy ktoś - prawda - alkoholik,
to wiesz, że Polak i katolik!
A tak - to kto?
Wnet się wyłania
ta kwestia zaufania.
Sam go broniłem wobec opinii:
"Słuchajcie, on trzeźwy -
nie wie, co czyni!
A może sekret jakiś fatalny?
Może cudzoziemiec?
Może nienormalny? "
'W całej Europie przecież wiedzą,
od Morza Czarnego
do La Manche'a,
że w Polsce dzieci tylko j e d z ą,
dorosły - z a k a n s z a!
I Ministerstwo Aprowizacji
(co stwierdzam nie bez pychy)
mają wkrótce przekształcić...
W Ministerstwo Zagrychy!
A on - on co?
On, proszę gości,
w oparach tarza się trzeźwości -
aż mi go żal!
Bo pojmie wkrótce,
że spod nieszczęsnej jest gwiazdy...
Wszak u nas się wszystko
załatwia przy wódce:
i ślub
i awans,
i prawo jazdy!
Trudno, panowie abstynenci,
tu nie pomoże płacz i żal nie -
bez kieliszka nieważne!
Tak jak bez pieczęci.
I jak on chce żyć!
Nie-le-gal-nie?!
U kobiet też nie ma szansy za grosz:
bez wódki - nie rozbierosz!
Więc gdym go ujrzał raz z daleka,
postanowiłem ratować człowieka,
co w abstynencji się pławi...
Wyciągam doń
pomocną dłoń -
no, może cholera postawi?!
On na mój widok rozwiał się jak dym,
za najbliższą znikł bramą...
Wyrodne dziecko!
Wyrodny syn -
nie lubi t a t y z m a m ą!

Popatrz, jak giniesz, świecie stary,
jak Nowe bije cię na głowę:
Te samoobsługowe bary!
Te sklepy samoobsługowe!
Już tylko patrzeć,
jak wszędzie zagości
Epoka Samoobsługowości...
Pomyślcie, ludzie, jak to będzie
wszędzie -
w fabryce
i w urzędzie -
gdy przyjdzie era ta niezwykła,
gdy jej się podda
Ludzkość wszystka:
w Fabryce Gwizdków na ten przykład
s a m sobie zrobisz
koło gwizdka!
Lub w takim samoobsługowym
Samourzędzie Mieszkaniowym:
sam przyjdziesz,
sam ziewniesz,
sam siędziesz za biurkiem,
sam wyjmiesz z szuflady kanapkę z ogórkiem,
sam sobie rzucisz spojrzenie miażdżące,
sam sobie każesz
przyjść za trzy miesiące,
wreszcie sam na zbity
wylejesz się pysk!
Bez urzędników -
no, czysty zysk!
Dla państwa zysk -
to fakt niezbity,
przy czym tradycje mamy zdrowe:
zaplanowane deficyty
dawno są samoobsługowe!
Nawet poeci, daję słowo,
do świetnych doszli już wyników
z poezją -
samoobsługową:
bez Muzy!
I bez czytelników.
Ach, gdybyż jeszcze wynikł stąd
i Samoobsługowy Sąd...
Pomyślcie, jak zachowa człek się,
który przeskrobał coś zuchwale:
s a m sobie znajdzie coś w kodeksie
i sam się zamknie w kryminale -
w tym mamrze,
u którego bram
będzie ogromny napis:
SAM –
gdzie jeden strażnik,
lecz tylko w tym celu,
by jakiś zbrodzień gospodarczy
nie wlepił sobie lat zbyt wielu,
bo potem innym
nie wystarczy...
Ten wiersz
jest też już samoobsługowy -
na próbę tylko, oczywiście.
O - teraz ma być w nim
dowcip...
Kanonowy!
I s a m i go sobie wymyślcie!

Postanowiłem dać anons taki do dziennika -
odpowiednio duży,
by uwagę skupiał:
CHCĘ ZOSTAĆ PORZĄDNYM
CZŁOWIEKIEM –
POSZUKUJĘ WSPÓLNIKA.
S a m się nie będę wygłupiał!

Mężczyźni, drżyjcie!
Człowiek tyra,
lecz wreszcie wyszła mi satyra
i to najbardziej demaskatorska
od Odry -do Magnitogorska.
O was, panowie!
Prawda o chłopie,
czyli co robi Polak na urlopie:
Idziesz niewinnie
sobie ścieżką polną -
a marzysz o tym,
o czym ci nie wolno!
Myśli się kłębią,
a wszystkie wzbronione
przez Kościół,
Demokrację
i Żonę...
Na przykład o szejku z dalekich stron,
który lat późnych ponoć dożył,
chociaż miał kilkadziesiąt żon
i jeszcze -
biedny! -
cudzołożył...
Potem gdzieś siadasz, żeby dokładnie
sobie rozważyć, jak to nieładnie -
wreszcie zaczynasz
skromnie i z umiarem
myśleć, co by było,
gdybyś sam miał harem:
kilka Mulatek,
kilka Arabek,
kilka znajomych warszawskich babek,
trzy nałożnice,
cztery hurysy,
boś sentymentalny, choć łysy...
Na koniec marzysz w uniesieniu niemym,
że zdradzasz swój harem
z cudzym haremem -
nie bacząc na wyrzut
z ust kilkudziesięciu:
"Wstyd, zięciu!"
"Wstyd, zięciu!"
"Wstyd, zięciu!..."
Nie twierdzę, że chciałbyś nikczemnie
żyć tylko poróbstwem i rują...
Skąd!... O demokratycznym
marzysz haremie.
I owszem - niech żony pracują!
Oto dziejowych przemian plon
i myśl w zasadzie zdrowa:
wśród tylu pracujących żon
zawsze się jeden mąż uchowa...
Może nie, panowie?
Może w nas nie drzemie
to podłe marzenie
o własnym haremie?
Mnie nie zbujacie: marzyłem sam!
Dziś już nie marzę.
Dziś już mam!
Koniec z monogamiczną nudą -
Spełniło się moje pragnienie:
Mam brunetkę, blondynke,
Mam siwą, mam rudą
I mam pośrednie odcienie...
Tu skubnę, tam skubnę, tam skubnę -
a wszystkie legalne i ślubne!...
Widze, ze pani jest zgorszona,
a w panu dzika zazdrość zbiera?...
Spokój!
To tylko moja żona
coraz to inna wraca od fryzjera!
Za każdym razem inna tulę głowę...
I znam juz kobiety...
Ech, wszystkie jednakowe!

Nie można tak ciągle -
rok po roku -
żyć tylko Sztuką i Chałturą,
więc założyłem sobie na boku
MATRYMONIALNE BIURO.
Nie myślcie wszakże, przyjaciele,
żem egoista czy sobek.
Miałem na oku szlachetne cele:
Raz - dochód.
Dwa - zarobek.
Po trzecie - wierzę
(choć może się łudzę)
w to szczęście małżeńskie!...
Cudze.
A tu wiosna za wiosną,
a tu maj za majem,
gdy przechodzą obok
(nie znając się wzajem)
skromni kawalerowie
i panny niektóre,
co mogliby przecież
sobie zajść za skórę!
Któż im to ułatwi?
Któż złączy ich dłonie
i zgra te fujary
w małżeńską harmonię?!
Ja.
Moje biuro - oczywista.
Matrymonialne.
"CICHA PRZYSTAŃ".
Nie byle jakie:
Rozmach! Neony!
Na dachu neon:
"DZIŚ ŚWIEŻE ŻONY!"
I tak jak w przedwojennej erze
na całą ścianę:
"MĄŻ SAM PIERZE!"
A w środku stoiska...
szyldy wszerz i wzdłuż:
BLONDYNKI
BRUNETKI
RUDE
LILA-RÓZ
MĘŻOWIE DRODZY
MĘŻOWIE TANI
MĘŻOWIE ZDALNIE KIEROWANI!
MĘŻOWIE Z IMPORTU
(za dolary i ruble)
i MĘŻOWIE Z PRZECENY
(czyli same buble,
urzędnicy i inni faceci,
bez wybierania - jak leci!).
Ekspedientki. Kasa.
I napis na kasie:
PO ŚLUBIE REKLAMACJI
JUŻ NIE UWZGLĘDNIA SIĘ!
I głośnik.
l płyta, która zwykła mawiać:
”Przed ślubem trzeba się długo -
długo zastanawiać!"
Mimo to interesy były kokosowe:
konkurencja pobita na głowę,
a myśmy musieli
co nocy, co niedzieli
robić rodziny nadliczbowe!...
Aż nagle przez pewnego typa:
Komisja.
Kontrola.
l wsypa...
Poszło stąd,
że opchnęliśmy pewnego poetę
handlarce, co z nim poszła
prosto na "Tandetę",
gdzie -
jak prasa z hałasem obwieszcza -
dobiła 100% do wieszcza,
reklamując go jako
ostatni krzyk mody:
"Egzystencjalista bez brody".
l zarobiła na nim!
100% na czysto,
chociaż był zwykłym
socrealistą!
Był - no to był...
Nie my winni przecie.
Lecz tu zaraz kontrola,
a kontrola - to wiecie:
żebyś był nawet świętą Adelajdą -
to ci zawsze coś znajdą!
Ekspedientka Ewa...
Wyjątkowa siła -
skarb w interesie po prostu!
Ale rozliczyć się nie potrafiła
z trzech rudych średniego wzrostu...
Wołałem:
"Jak to, pani Ewo?"
Opędzlowała na lewo.
Nadto znaleźli u niej pod ladą
postać wykwintną,
lecz bladą
i wychudzoną do szczętu...
Był to -
jak stwierdził wywiad prędki -
odłożony dla stałej klientki
dyrektor departamentu.
Próżno wołaliśmy z emfazą,
że bezpartyjny!
Że ze skazą!
Zlikwidowali nas od razu.
Lecz zniósłbym wszystko,
gdyby nie fakt, który
zdarzył się w przeddzień
tej awantury:
Brunetów zabrakło w magazynie -
więc ekspedientka Ewa wnet
wpisała m n i e do ksiąg pod "Z"
i upłynniła pewnej hrabinie,
byle interes szedł!
Dziś cóż mi zostało po Biurze?
Ruina.
Nieprzyjemności.
Ślubna hrabina.
I zepsuta płyta, która zwykła mawiać:
"Przed ślubem trzeba się długo
zastanawiać...
...nawiać...
...nawiać...”

To rozpacz:
niby dość schludnie się noszę,
a nerwy jak stare kalosze.
Zupełnie w strzępach!
I co robić, doktorze?
Rzekł, żebym jechał
koić nerwy nad morze.
Morze - Polskie Morze
tak szumi bez przerwy,
że aż dziwne:
polskie -
a łagodzi nerwy.
Stanąłem nad brzegiem
z morzem oko w oko -
i tam całą filozofię pojąłem!
Głęboko.
Nie odpowiada mi jedynie
to, co Heraklit rzekł w zadumie:
że - panta rhei,
czyli - wszystko płynie.
Nie wszystko.
Ja nie umiem.
Na morzu fale - na falach boje,
a ja się też...
Dziękuję, postoję.
Za to, o Morze, będę teraz snuł
w rymach uroki Twoje wszystkie:
oto pas graniczny,
a od pasa w dół
to życie towarzyskie!
Plaża - leżaki - parasole,
słowem Riviera i Miami -
i jakaś babka w moim grajdole...
Z wnuczkami.
Wnuczków z tą babką było troje
i ja,
który nerwy koję.
W krąg setki opalonych ciał,
dosłownie ciało za ciałem,
ciała mizerne
i ciała na schwał,
a dalej - pewnie woda,
jeszcze nie widziałem.
Bo w sercu już dylemat
i zgaduj-zgadula:
tu hoża blondyna,
tam krucza czarnula
(wspaniałe dwie dziewoje),
a ja - nieszczęsny
usiadłem najgorzej:
na skrzyżowaniu kruczej i hożej!
I jakżeż te nerwy ukoję?
Lecz potem znikły mi z oczu
(na szczęście),
bo się robiło coraz ciaśniej,
gęściej,
aż wreszcie w gąszczu
brzuchów i nóg
ledwiem sam siebie rozróżnić mógł -
i kiedym chciał się
podrapać w łopatki,
to się okazały nie moje.
Sąsiadki.
Gdy wszakże sportowcy jacyś
(oldboye!)
podwinęli pod siebie nogi -
ale moje,
krzyknąłem tragicznie jak lord Byron:
- Ludzie, odsłońcie mi nieba!
Ludzie, przysięgam,
ja jestem non-iron,
mnie prasować nie trzeba!
Wtedy wywlekli spod zwału ciał
zbiedzone ciało moje,
krzycząc: "Przecież sezon!"
i "Czego pan chciał?!"
Ja? Nic...
Ja nerwy koję...
Dopiero potem jeden z marynarzy
pocieszył mnie w mej bidzie:
"Jutro już będzie
spokojniej na plaży.
Sztorm idzie!"

Był chłodny
i bezludny wieczór
na plaży w nadmorskim badzie.
Tej chwili
nigdy bym nie przeczuł,
zupełnie jak w balladzie:
Syreny trzy
płynęły sobie -
wprost na mnie niosła je fala...
To piękne:
od góry - Liga Kobiet,
od dołu - Rybna Centrala.
I wtem
na widok jednej z trzech
me serce zabiło goręcej...
Ej, baba-ryba!
Miłość - nie grzech.
Porwałem ją na ręce
i brnąc przez piasek
prosto z morza
do łoża niosłem pannę...
Ale nie chciała pójść do łoża -
wolała wannę.
Odtąd trzy doby nieustannie
jak obłąkany tkwię przy wannie,
łzy mi z miłości
płyną ciurkiem,
lecz cóż - nie jestem
płetwonurkiem!
Tylko ją dłoń ma czule muska -
skóra jak jedwab!...
Raptem - łuska!...
Wzrokiem ją błagam,
słowem kuszę:
- Ach, przerwij, luba, me katusze!
To nic, że ości ma twe łono,
Zostaniesz mą ościenną żoną!
Ślub będziesz miała
(mówię do niej)
najwytworniejszy w świecie,
bo pomyśl:
góra - w białym welonie,
a reszta - w galarecie.
Zaś kiedyś później,
gdy zarobię
gdzieś większe honorarium,
wybudujemy, miła, sobie
jednorodzinne akwarium!
Polska pomoże,
zabezpieczy
nam komfort i wygodę:
my damy ramy, szkło, te rzeczy,
a państwo da nam wodę.
Dopiero wtedy ma oblubienica,
pojąwszy słów mych rzewną treść,
wyszła łaskawie spod prysznica
i rzekła:
- Dobra. Chodź coś zjeść!
W "Grandzie" na dole
działo to się...
Nastrój, muzyczka i bon ton...
podali nam talerz
z wędzonym łososiem,
a ona patrzy - i w krzyk:
- Tak, to on!
To on - poznałam go w tej chwili!
Mego kochanka mi zwędzili.
O, biedny łososiu!...
I wspomniawszy tarło,
pół ryby łkało,
pół kobiety żarło.
Potem spośród innych,
co skradli jej serce,
poznawała kolejno:
suma w salaterce,
sandacza w majonezie
i - na domiar złego -
przy sąsiednim stoliku
Kapitana Batorego",
zaś wśród tańczących
boogie-woogie
samego ministra żeglugi.
- I ten (rzekła)
najbliższy był mi chyba,
bo chociaż człowiek,
ale - gruba ryba!
Wtedy zawyłem:
- O, nic już z miłości!
Dosyć szalałem, niemądry,
dla pół kobiety, pół flądry -
won, bo połamię ci ości!
Po czym nastąpiła
chwila dla mnie najgorsza.
Rzekła:
- Żegnaj! Nie szkodzi -
mam lepszego: mam dorsza!

- Znajdźmy gdzieś, miła Pani,
zakątek uroczy,
gdzie by można swobodnie
spojrzeć sobie w oczy,
gdzie by można bez przeszkód
odkryć serc tajniki...
Jest taka kawiarenka.
Tylko trzy stoliki.
Daleko na przedmieściu -
psa z kulawą nogą!...
- Nikogo ze znajomych?
- Ależ skąd, nikogo...
Przyjechaliśmy taksówką.
Wchodzimy do środka -
z nami słodka nadzieja,
że nas nikt tu nie spotka...
Trzy stoliki. Istotnie.
- Przy tym siądźmy!
- Słusznie.
Piękny stolik! I wolny.
Bo dwa tamte - już nie:
Przy jednym - Kern Jerzy,
a z nim dama wiotka -
oraz słodka nadzieja,
że ich nikt tu nie spotka...
Przy drugim Kwiatkowski...
Z nim urocza trzpiotka -
oraz słodka nadzieja,
że ich nikt tu nie spotka!
Trudno...
Za to półmrok -
i intymność niezmierna...
Więc patrzymy sobie w oczy.
Kern w moje -
ja w Kerna!
A w spojrzeniach tych bezmiar
koleżeńskiej troski:
- Popatrz, jaki to jednak
babiarz ten Kwiatkowski!
Potem w adresie spojrzeń
odmiana misterna:
ja z Tadziem je wymieniam -
już na temat Kerna...
Wreszcie oni się łączą
w jeden wspólny obóz,
żeby mrugać do siebie:
- Ten Załucki to łobuz!
A gdy idzie o damy
(że do dam powrócę),
to każdy z nas ze swoją
na g ł o s mówi o Sztuce,
ażeby mógł nazajutrz
dać koleżkom słowo,
że - owszem,
że się spotkał,
ale tylko - służbowo!

Tak... - Miłość - to zasadzka,
co z nikim się nie cacka:
Guciowie się rozwodzą.
Jutro przeprowadzka.
I wszyscy się dziwią
temu niesłychanie,
gdyż oboje lubią
żyć w małżeńskim stanie:
on jej trzecim mężem -
ona jego piątą,
gdyż już cztery żony
miał przedtem
(a conto!),
lecz dziś muszą się rozstać
mimo łez i cierpień,
i wspólnie przeżytych
rajów i przedpiekli,
bo on urlop ma w lipcu -
ona ma na sierpień!
(Niezgodność charakterów -
jak zgodnie orzekli).
Wszystko uzgodnione:
ona bierze dziecko,
a on bierze Prztycką,
primo voto Grzdecką.
Ona się z tym godzi:
"Idź z tą rozamundą
primo voto Grzdecką,
a Prztycką secundo!" -
i sama z ochotą
zrywa z nim, idiotą,
żeby zostać oto
Flącką
(quarto voto)!
I wkrótce parami
pójdą - tup, tup, tup -
do tego urzędu,
gdzie bierze się ślub,
gdzie ludzie się pchają
dzisiaj jak do magla,
a woźny wpuszcza
i tylko przynagla:
"Przysięgaj pan wierność
do samego rozwodu -
i - chodu!
I - chodu!
I - chodu!"
I wyjdą... Na krótko
Bo przecież nieludzko
za długo być Flącką
zamiast być już Glucką!
Stąd wnet się okaże,
że dzieli ich dzika
niezgodność numerów -
ja wiem?
kołnierzyka!
Albo na ten przykład
jakieś inne fatum:
jej pierwszyobiad...
Non consummatum!
Bo miłość - to zasadzka,
co z nikim się nie cacka.
I znowu się rozwiodą.
I znowu przeprowadzka.
I znów do urzędu,
gdzie bierze się ślub,
parami, pod rączkę
pójdą – tup, tup, tup -
Prztycki z Glucką,
Glucki z Flącką
oraz Flącki z Grzdecką,
a przy każdym jedno
zamienione dziecko,
co się już bez algebry
nigdy nie połapie,
której mamie przynależy
i któremu papie...
Bo drzewa genealogiczne
mają dziś prostaczki,
wyższe sfery zaś - gene-
alogiczne krzaczki!
Że zaś sytuacja
taka coraz częstsza -
sieć rodzin się w Polsce
zazębia,
zagęszcza –
i myśl pewna słodka
wprost nie daje spać mi,
nie bacząc na wiek i podagrę:
że choć ludzie jeszcze
nie są sobie braćmi,
to człowiek
człowiekowi -
szwagrem!

O, Krakowie! O, miasto -
gdzie się chwieją mury,
jak przystało na starą kolebkę kultury...
Tutaj się malarstwo otrząsnęło ze snu...
Stąd świat podbijemy sztuką nowoczesną,
aż zwycięży pomiędzy Paryżem i Moskwą
nasz Tadeusz Kantor -
Maję Berezowską!
Aż w całej Europie ze czcią zawołają:
"Panie Tadeuszu!" - a nie "pani Maju!"
...a nie "pani Maju!”
...a nie "pani Maju!”
...a nie "pani Maju!”...
Gdy w krakowskim teatrze sztuka Goldoniego,
to wystarczy raz ujrzeć -
i już wiesz, kolego,
czego chce Dąbrowski, a Goldoni czego!
...doni czego!
...doni czego!
...doni czego!
Wydawnictwo Literackie wydało czterdzieści
powieści, które Polska
pochlebstwami pieści,
bo Polska pokochała te powieści!
...chała te powieści!
...chała te powieści!
...chała te powieści!

Od Związku Literatów
idziemy dwaj Krupniczą.
Poeci chwil nie liczą
w noc taką tajemniczą...
Niebo jest całe gwiazd paletą -
i księżyc świeci na wabia...
- Porozmawiajmy jak poeta
z poetą!
Ile kolega zarabia?

Stanąłem przed lustrem nago,
spojrzałem na siebie z uwagą,
westchnąłem -
i w oka mgnieniu-m
przypomniał sobie
Millennium...
Bo gdy się wiktorie
te nasze pozlicza
od Mieszka Pierwszego
do Cyrankiewicza,
to serce mi rośnie
i duma. mnie łechce!
A spojrzę do lustra -
to wierzyć się nie chce...
Może i nie na niedorajdę
wyglądałbym w hełmie
i w szyszaku...
Ale pomyśleć,
że pod tym Grunwaldem
to m y - tych Krzyżaków?!...
Postura niby dość poślednia,
bicepsy niby nie ze stali...
Ale spytajcie
tych Turków spod Wiednia,
jak przed n a m i wiali!
Doprawdy
samego przechodzi mnie mróz aż,
kiedy wyobrażę sobie,
żem - husarz!...
Tu ja -
tu koń, który cwałem leci,
gdzieś tam, gdzie wy,
czeredy niewiernych!
A tutaj - Sobieski,
czyli król Jan III -
i per "towarzyszu" do mnie woła...
"Pancerny!"
Więc na namiot wezyra
uderzam w zapale!
No - ja, czy nie ja,
(mniejsza o detale) -
polski rycerz po prostu!
Każdy z nas to w krwi ma,
że gdy jest pod Wiedniem,
nic go nie powstrzyma!
Tysiąc lat
tą szablą
cięliśmy dla glorii -
nikt się
tak jak my
nie naciął w historii.
Millennium heroizmu -
z tarczą lub na tarczy!...
Przepraszam -
a może wystarczy?...
Może za te boje
dawne i ostatnie
można już Polakiem
być trochę - prywatnie?...
Bez czekania,
aż znowu mi gębę rozkwaszą
za Wolność Naszą i Waszą?...
Niech wiem,
że kiedy oczka zmrużę -
to chrapię j a,
a nie - przedmurze!
Stąd w związku z Millennium
zwracam się do świata:
Dajcie nam już spokój
na te starsze lata...
Spokój!
A w zamian
przyrzekamy ci, świecie,
wykonać przed terminem
drugie Tysiąclecie -
i jeszcze premiera
zaoszczędzić na trzecie!
1960

Wylądowałem...
Wyniosłem walizy -
I przeliczyłem wszystkie me dewizy:
"Módl się i pracuj!"
"Polsce wiernie służ!"
Trochę franków.
Złote serce.
I już.
Potem w miasto ruszyłem nieśmiało,
przestrogi pomny wciąż tej,
że Polska dewiz ma mało!
A Polak ma jeszcze mniej...
A tu sklepy ogromne
kuszą, żebyś wszedł:
jakiś "Au printemps",
jakaś "Lafayette" -
gdzie widzisz,
jak na stołach, witrynach i ladach
ten ich kapitalizm
całkiem się rozkłada!
Tu to, tam - tamto,
aż się serce telepie,
gdy sobie wyobrazić
manko w takim sklepie.
A paryżanie mili
byli dla mnie ogromnie.
Mona Liza w Luwrze
uśmiechała się do mnie -
chociaż dla Francuzów
smutna była era:
rządu właśnie nie mieli...
I nie mieli premiera!
Frank im spadał gwałtownie,
a ja drżałem pobladły,
żeby mi moje
przypadkiem nie spadły!...
O względy więc dbając
międzynarodowe -
do każdego kelnera
trzymałem przemowę:
że dziejowe nas więzy
połączyły na amen.
U nas był Henryk Walezy!
U was był Jerzy Putrament!
Że Polska i Francja
to dwoje przyjaciół,
więc go bardzo proszę,
żeby mnie nie naciął!
A z oczu kelnera
rozpacz biła szczera,
bo on rządu nie miał..
I nie miał premiera!
Lecz gdy oranżadę
wlewał mi do szklanki -
czułem, jak się leją
moje własne franki...
Aż on spytał widząc
mój tragiczny profil:
- Franków panu żal?
- Tak... Bo ja -frankofil!
I tak wszędzie za mną
kroczył już ten żal:
od Pól Elizejskich
do placu Pigalle -
tam,:gdzie kuszą dziewczęta,
a człowiek się gryzie,
bo co spojrzy na cizię -
to już po dewizie!
Lecz gdy jedna rzekła,
że mi serce da,
- Se-si-bą! - powiedziałem.
Que sera - sera!
Musiałem...
Bo z jej oczu
rozpacz biła szczera:
ani rządu - biedactwo!
Ani nawet premiera!
Na odchodnym rzuciła
uśmiech Mony Lizy
i ja znowuż musiałem
przeliczyć dewizy...
Przeliczyłem dokładnie,
a tam tylko już:
"Módl się i pracuj!"
"Polsce wiernie służ!"
Nie było z czym zostać...
Więc wzruszony ogromnie
Wersal jeszcze zwiedziłem...
(Chyba widać po mnie?!)
Wreszcie po tym Wersalu
odjechałem...
Bez żalu!
Bo cóż mi tam Paryż, neony,
światła et cetera -
kiedy ja już bym nie mógł
tak żyć
bez premiera!

1957 r.

Świat mi się całkiem nie podoba:
W kosmosie gospodarka do kitu
Gwiazdy się palą,
jak okrągła doba -
nawet w godzinie szczytu!
"Na Marsa - namawiają - poleć!"
A któż by głowę pchał pod nóż?
Na Mlecznej Drodze
pewnie gołoledź,
bo znów nie posypał Anioł Stróż!...
Burzliwe wiosny,
mokre sierpnie -
słowem - gdzie spojrzę - pełno wad...
Lecz na myśl jedną
skóra aż cierpnie:
co by to było,
co by to było,
gdyby tak Polak stworzył świat?!
Gdyby tak Polak - trafem jakim,
Nasz rodak z wąsem w kształcie wiechcia!
Lub... gdyby Pan Bóg był Polakiem...
Nie!
Tego nawet Bóg by nie chciał.
Po prostu
przed miliardem lat
gdyby bieg rzeczy zmianie uległ
i gdyby Polak stworzył świat...
O - rany Julek!
Kulą nie byłaby ta Ziemia!
Nie kulą byłby Księżyc blady...
Sześcianem? ... Nie wiem.
Jedno wiem ja:
Bez kantów nie dałoby rady!
Spitsbergen byłby - gdzie Kalkuta.
Alpy na głowie by stały...
Włochy by miały może kształt buta,
lecz pewnie o numer za mały!
Tylko przez Polskę płynęłaby wartko
szeroka Wisła... z czerwoną kartką!
Nad nią cytryny szumiałyby z cicha,
na każdej gałązce - zagrycha!
A gdyby już była gotowa ta rzeka,
Polak by chyba dłużej nie zwlekał
i by się wreszcie
(cieszcie się, cieszcie!)
wziął do stworzenia Człowieka!
Nie powiem, jak byśmy wyglądali...
(Za dużo dorosłych na sali!)
To nawet głupstwo już, że Adam
pomieszałby mu się z Ewą,
bo i tak
(ja się z Wami zakładam!)
co ważniejsze - poszłoby na lewo!
...Tyle że może w bezhołowiu ciał
Opatrzność zrządziłaby bystra,
że przez pomyłkę
plecy bym miał
nie tu - lecz u Pana Ministra.

W młodości żyje się żarliwie -
młodość jest szczęściem i nadzieją!...
Doprawdy ja się ludziom dziwię,
że się starzeją...
I wszyscy!
Nawet płeć niewieścia!
Znam taką jedną panią Zosię:
przed wojną miała lat 20...
A dziś?...Dziś.już 38!
Jak ten czas leci!...
Ogałaca
nas z tego, o czym potem śni się...
Młodość!... Ucieka i nie wraca!
Pewnie ma chody w Orbisie...
Jak młodość cenić - ten tylko się dowie,
kto spryczał! - to oczywiste...
Bo potem - jak mówi łacińskie przysłowie -
już... omne animaI triste.
Już wszystko mija - kończy się niestety.
Prócz chrapki...
Tej - na kobiety.
Nie można pozbyć się tej chrapki -
a to dlatego chyba głównie,
że w Polsce same r ó w n e babki.
Bo w demokracji wszyscy równi!
Lecz cóż...
Uderzam do Barbary,
a ona już czyni mi wstręty:
- Za stary! - mówi
To co, że stary?
A może nie-do-roz-wi-nię-ty?
Może spóźniony! I to znacznie!
I teraz się dopiero zacznie?!
Czasami człek nie z własnej winy
Tryb życia ,wiódł tak niespokojny,
że się na własne spóźnił urodziny
o rok, o dwa...
O pięć lat wojny!
Dorośli! Bracia outsiderzy!
Nie dajmy, by nas krzywdził czas!
Młodość każdemu się należy!
Młodości!
Proszę: skrzydła - raz!
Urządźmy - myśl tę rzucam w dal ja -
Juvenalia staruszków -
jakieś... p i e r n i k a l i a!
Zagrajmy na skrzydłach jak Concordia - Knurów!
Poprzebierajmy się za trubadurów
i serenady idźmy śpiewać gorące
pad balkonami,
pod kasztanami,
dziewczętom po pięćdziesiątce...
Potem pierś wypnie każdy jak heros
i w miasto pójdziemy -
dziarscy caballeros,
transparent niosąc triumfalny:
NIE CHCEMY SKLEROZ!
NIECH ŻYJE EROS -
I PRZYROST NATURALNY!
A nocą dziarskie tańce jeszcze
w rytmie szaleńczych rokendroli
i dzikie krzyki ku orkiestrze:
- Powoli, panowie, p o w o l i!

Przepraszam, druga hemisfero,
Ja tutaj pierwszy raz dopiero...
Ziemia jest kulą...
I to fatalne!
Jeszcze się głupstwo jakieś palnie
tu - na tej drugiej połowie...
Bo jeśli stanąć, jak u nas normalnie -
to tu się stoi na głowie,
zanim się jeszcze coś powie...
Poza tym nie bądźcie zbyt próżni -
świat się od Polski nie różni...
Po drugiej stronie geografii -
czy to Brazylia, ,czy Alaska -
wszędzie się las
czy rzeczka trafi,
co szumiąc zaciągnie z kujawska.
W New Yorku, co spojrzę do góry-
To same Pałace Kultury!
A gdy mi się słówko polskie wyśliźnie,
ktoś zawsze podejdzie - i smutnie
zapyta w najczystszej polszczyźnie:
"Excuse me, co słychać w Kutnie?
Czy stoi ten house 'round the corner,
gdzie butcher przed wojną miał shop?"
Wszędzie to samo...
Potworne,
jak mały jest ziemski glob...
Wszędzie się Polak jakiś krząta...
Skromnie...
Bo Polak z tego słynie:
jak wojna - to na wszystkich frontach,
jak pokój - to w oficynie.
Jednemu jodły szumią w Tatrach...
Drugiemu śpiewa Frank Sinatra...
Innemu także jakoś idzie:
obywatelstwo ma pingwinie -
pingwinem jest na Antarktydzie
i lody posyła rodzinie...
A nawet w piekle:
diabełek - pikolak,
protegowany Lucyfera...
Rozmawiał ze mną: pewnie, że Polak.
I ta nostalgia go zżera...
"Sporo mi (mówił) łez pociekło,
gdym sobie stanął za bramą...
Bo tutaj - widzi pan - niby też piekło,
ale to nie to samo... "
Polak za morzem,
za chmurką,
za miedzą -
wszędzie, gdzie tylko ktoś wdarł się...
Tylko uczeni -
uczeni się biedzą,
bo nie wiedzą... kto mieszka na Marsie...
Aż wreszcie dotrą do owej planety,
by zbadać sekrety, które na niej drzemią...
A tam już Polacy:
mężczyźni, kobiety,
co się politycznie nie zgadzają z Ziemią...
Żyją tam uczciwie,
kochają się szczerze...
A miłość małżeńska taki rozmach bierze
że aż tu czasami
na niebie nad nami
widać - latające talerze.
1958 r.

A nie mówiłem?

1961 r.

Kto nie szarga - ten nie je

Obrona autoironii

Moja krakowska boleść

Londyński pomysł

Proszę ludzkości

Najwyższy szczebel

Ludzkość - to ja

Trochę katastrofizmu

Poproszę o rozbrojenie

Najniższy szczebel

O czym tu dumać

Mój pierwszy występ po powrocie z Ameryki

Skandal międzynarodowy

Jakoś nam się żyje

Wiersz cybernetyczny

Wyrodny syn

Samoobsługowe jutro

Moje drugie ja

Sami dojdziemy

Szukam wspólnika

Miłość to zasadzka

Harem

Mój interes matrymonialny

Morze koi nerwy

Kochałem syrenę

Krakowskie rendez-vous

Miłość to zasadzka

Artysta też człowiek

Wiersza nie będzie

Pochwała magnetofonu w Warszawskiej Telewizji

Bardzo długi metraż

Wiersz o Krakowie na zepsutej płycie gramofonowej

Człowiek - reklama

Liryka... liryka

Jubileusze załatwiam!

Millenium przed lustrem

Na jubileuszu podwieczorków przy mikrofonie

Literackie życie

Na 1000 "Szpilek"

Jubileusze załatwiam

Dodatek bezpłatny

Polak w Paryżu

Swojskie stworzenie świata

Juwenalia staruszków

Polacy wszędzie